To się nazywa tęsknota. W wyobraźni zakochanego człowieka rosną wtedy kwiaty, które trzeba zerwać by urosły na nowo. Zerwać i nawozić. Czyli dbać o wenę.
A gdy wszystko się kończy, czyli miłość i szczęście, wtedy one więdną. Umierają. Gniją.
Gdy się traci kogoś takiego kto powodował to wszystko, czyli pomysły i natchnienie, to wena może zniknąć nawet na kilka miesięcy lub lat. Może długo już nie powrócić, dlatego potem to od człowieka zależy co z tym dalej zrobi, albo jak zapobiegnie wpływom innych ludzi na siebie.
Ja w tej chwili nie mam nikogo kto powoduje takie cuda... No w sensie nikogo kogo kocham i kogo tak po prostu bezgranicznie potrzebuje. Wiesz o co mi chodzi? Tego, kto jest dla mnie tlenem. Dla którego weszłabym w ogień i dla kogo potrafiłabym umrzeć z uśmiechem na ustach.
Jestem w takim stanie od kilku lat i potrafię sobie poradzić. Czerpie wtedy pomysły ze wszystkiego co mnie otacza. Z każdej sytuacji i osoby. Nie tylko tej jedynej, ale tych najbliższych... a jednak dalekich. Psychicznie niedosięgniętych, ani nienaruszonych. Oddalonych do miejsca, w którym nie ma nic. Pustka. Bezgranicznie obcy, nieodnaleziony nowy ląd.
Piękne ale i też zarazem bardzo smutne... Idealne na teraz, bo jakoś nie czuję się w humorze.
Fragment tekstu:
"Celując w niebo
Utknąłem na ziemi
Dlaczego wciąż próbuję
Skoro wiem, że i tak upadnę?
Myślałem, że potrafię latać
Więc dlaczego utonąłem?
Nigdy nie dowiem się dlaczego to wciąż upada, upada, upada"